A. Cole & C. Bunch        Sten

    . 36 .    

    Frick i Frack krążyły tam i z powrotem, wysoko nad pokładem laboratorium Projektu Bravo. Trzymając się blisko sufitu przeleciały przez korytarz wejściowy, ponad oddziałami służby bezpieczeństwa.

    Ludzkie oczy nie mogły ich zobaczyć. Na Vulcanie nie było przecież żadnych ptaków ani nawet gryzoni. Czego ludzkie oczy nie znają, tego nie widzą.

    Dyżurny oficer bezpieczeństwa przyglądał się swoim paznokciom. Do końca tej zmiany miał szansę obgryźć je do żywego mięsa. I systematycznie ochrzaniać każdego strażnika w promieniu dwudziestu metrów. Nie było nic do roboty poza poceniem się i liczeniem swoich problemów.

    A miał ich wiele. Pilnowanie laboratorium, o którego przeznaczeniu nie miał pojęcia. Plus ci cholerni Migowie, którzy zwariowali - jego najlepszy kumpel został znaleziony z półmetrowym szklanym ostrzem w piersi. A teraz powiadomiono go, że Baron Thoresen właśnie tu zmierza.

    Ostatnią rzeczą, której potrzebował, był komputer, pokazujący nie wiadomo co. Popatrzył na ekran. Eksperymentalnie walnął go zaciśniętą pięścią. Nic to nie zmieniło. Nadal wskazywał, że jakieś obiekty latające znajdują się wewnątrz laboratorium.

    Dyżurny oficer zastanawiał się, dlaczego właściwie podjął tę pracę dla Kompanii. Mógł przecież żyć sobie bardzo wygodnie jako szef tajnej policji na swoim macierzystym świecie. Spojrzał na dwóch Techów, gramolących się po korytarzu. Co za cholerny czas, pomyślał.

    Zażywna kobieta, Tech pierwszej kategorii, wtoczyła się do jego biura. Cholerna radocha, pomyślał oficer. Muszę skombinować poduszkę. Jeszcze tylko hemoroidy mi potrzebne.

    Uśmiechnął się z sympatią do kobiety, Techa trzeciej klasy za Idą. Biedny dzieciak, pomyślał. Założę się, że ta cholera pierwszej kategorii próbowała czegoś, a jej asystentka na to nie poszła, więc ta małpa kazała jej dźwigać pudła z narzędziami.

    - Patrzcie, co tu mamy - warknęła Ida. - Komputery wariują, a wszystko, na co ciebie stać, to siedzenie i dłubanie w nosie. - Odwróciła się do Bet. - Mężczyźni!

    Dyżurny oficer zdecydował, że zapowiada się wyjątkowo długa zmiana. Usiłował utrzymać formalny ton.

    - Mamy teraz zakaz wstępu dla postronnych - zaczął.

    - Wiem, co teraz macie - powiedziała Ida. - A nas obowiązują terminy - zmierzyła dyżurnego wzrokiem. - Mówiłam ci, mała, że to będzie coś prostego.

    - Co masz na myśli? - spytał oficer bezpieczeństwa.

    - Ta bransoleta. Trzymasz to o wiele za blisko terminala i dlatego wariuje. To oczywiste.

    - Ale przecież zawsze je nosimy. I dotąd nic się nie zdarzało.

    - No pewnie. A te cholerne Migi nie podłączały się wcześniej do komputera. I co z tego? Mówisz mi, że każdy z patrolujących nosi coś takiego?

    - Tak.

    - Głupi, głupszy, najgłupszy. Zwołaj ich tu.

    - Co?

    - Wszystkich, którzy są na tej zmianie, idioto. Może jednak pójdzie łatwo i okaże się, że jedyny problem stanowi to, że czyjaś bransoleta źle nadaje.

    - Nie możemy zawołać wszystkich patrolujących - zaczął dyżurny.

    Ida wzruszyła ramionami.

    - Świetnie. Ja i ta ślicznotka pójdziemy sobie z powrotem i zdamy raport, że nie byłyśmy w stanie prawidłowo ocenić sytuacji. Wcześniej czy później ktoś się tu zjawi i spróbuje naprawić ten komputer.

    Oficer popatrzył na ekran. Latające obiekty nadal tam były. Popatrzył na dziewczynę, która obdarzyła go sympatycznym i bardzo ciepłym uśmiechem. Zdecydował się. Odwrócił się do komunikatora i włączył go.

    - Trzecia zmiana, w zwykłym trybie, wszyscy oficerowie mają natychmiast zameldować się w centrali. Powtarzam, wszyscy oficerowie natychmiast do centrali.







    Bet wyciągnęła dwa granaty dezorientujące ze swojej torby i wstała. Oficerowie bezpieczeństwa Projektu Bravo tłoczyli się w małym biurze. Ida stała przy drzwiach.

    - To wszyscy?

    Oficer dyżurny kiwnął głową.

    Bet uderzyła w zapalniki i zanurkowała do drzwi. Wylądowała tuż obok Idy.

    Oba granaty zdetonowały w purpurowym błysku. Oficerowie bezpieczeństwa upadli na podłogę. Bet przewróciła Idę, a potem pomogła jej wstać. Ida sapała cicho, mruczała coś w swoim ojczystym języku, a potem ostro gwizdnęła na palcach.

    Sten i inni członkowie drużyny ukazali się w pobliżu, biegnąc do obu kobiet.

    - Przypilnujemy tylnych drzwi. Wy bądźcie gotowi. - Ida weszła do środka i podniosła pokrywkę pudełka z narzędziami, wyjęła dwa karabiny, odbezpieczyła je i rzuciła jeden Bet, podczas gdy Sten i inni wbiegli do laboratorium Projektu Bravo.

    W tym czasie Ida obróciła oficera dyżurnego na plecy. - Co ty robisz? - spytała Bet z zaciekawieniem.

    - To prywatna zemsta - odpowiedziała Ida, stawiając stopę dokładnie w pachwinie nieprzytomnego mężczyzny. - Podejrzewam, że brzydko o mnie myślał.

    Podniosła w górę drugą stopę. Bet wstrząsnęła się, odwróciła i popatrzyła na długi, pusty korytarz.







   - Czy nie byłoby łatwiej - zasugerował Alex - po prostu wysadzić to wszystko w cholerę?

    - Cholera, tak - powiedział Sten. - Ale gdybyśmy to zrobili - machnął ręką w stronę sufitu - to z tych wszystkich Techów tam na górze zostałaby miazga. - Uśmiechnął się. Sam nie mam pojęcia, dlaczego o nich myślę.

    - Dlatego - stwierdził Doc - że instrukcje nakazują nam zlikwidowanie tego laboratorium przy minimalnych stratach w ludziach. - Machnął wąsami w kierunku Alexa. - Zignoruj go. Proste umysły znajdują proste rozwiązania.

    Alex zignorował Doca.

    - Zrobię wam śliczne, malutkie zniszczenia, powiedzcie tylko, skąd mam zaczynać.

    Sufit laboratorium wznosił się wysoko nad nimi, Wystarczająco wysoko, stwierdził Sten, jak na podobny do hangaru budynek mający własny mikroklimat. Frick i Frack krążyli pomiędzy światełkami sufitowymi. W centrum hali stał mały frachtowiec kosmiczny, drzwi do ładowni były otwarte, Pracowały tajemnicze aparaty ustawione wokół. Otwarte po bokach wejścia odsłaniały labirynt pomniejszych pracowni.

    - Ładujcie w każde miejsce przechowywania informacji zadecydował Sten. - W każdy komputer. I w każdy element wyposażenia, który nie wygląda znajomo.

    - Doskonale - zamruczał Jorgensen, zakładając z powrotem plecak. - To znaczy, że on ma zamiar strzelać do wszystkiego, co nie wygląda jak owca.

    Alex pokiwał palcem.

    - Zwolnijcie tego misiaczka, to przeciw jego naturze. Ale nie pozbywajcie się człowieka, którego stopy nadal tkwią w bruzdach ziemi.

    I zabrali się do roboty.







    Thoresen, pomimo fascynacji bronią i sztukami wojennymi, nigdy nie uczestniczył w bezpośredniej walce, jednakże zostało mu na tyle rozsądku, gdy wszedł w korytarze prowadzące do Projektu Bravo, aby cofnąć się i puścić przed sobą dwa oddziały w sile pięćdziesięciu ludzi. Thoresen miał całkowitą świadomość tego, że znajduje się w trudnej sytuacji. Istniało pewne prawdopodobieństwo, rozważał podążając spokojnie za formacją strażników, że może się spóźnić.






    Bet wytarła spocone ręce o plastykową osłonę karabinu.

    - Oddychaj głęboko - powiedziała uspokajająco Ida. Myśl o nich dziesięć na raz. - Nagle zorientowała się, co powiedziała, i zachichotała. - Z drugiej strony, czy myślisz, że biała flaga będzie lepszym wyjściem? Teraz!

    Bet wcisnęła spust karabinu na maksimum. Broń wypluwała z siebie pociski zawierające AM2 prosto w nadchodzącą masę strażników.

    Wrzaski. Chaos. Odbezpieczyła granat i potężnym wymachem ramienia wyrzucała go w dół korytarza, a potem, gdy zagrzmiała broń, przeczołgała się pod osłonę.

    Bet wyrzuciła pusty magazynek ze swojego karabinu i włożyła nowy na miejsce. Zdziwiła się, że nie jest tak przerażona jak wtedy, gdy patrzyła na nadchodzących strażników.

    - Ida!

    - Gadaj - stwierdziła otyła kobieta, nie zdejmując wzroku z korytarza. Nacisnęła spust.

    - Gdybym nadal była Buntownikiem - zauważyła Bet powiedziałabym; że nadszedł czas zabierać tyłek.

    - Ale nie jesteś. Należysz do potężnej Sekcji Modliszki. A więc zrobimy rzecz następującą: zabieramy stąd tyłek!

    Ida przetoczyła się przez drzwi, palec nadal trzymając na spuście, a potem przez wejście do pracowni. Bet prześlizgnęła się za nią. Obie kobiety odwróciły się, strzeliły w głąb korytarza, a potem pobiegły w stronę głównego laboratorium.







    Alex cichutko śpiewał pod nosem piosenkę ze swoich rodzinnych stron, odwijając drut zapasowego obwodu detonacyjnego w kierunku głównej hali laboratorium.

    Ścisnął drut i włożył do zapalnika. Przejrzał w myślach obwód, spojrzał na Stena. Sten pokazał mu uniesiony w górę kciuk i Alex zamknął detonator.

    - Zrobiliśmy to, co było możliwe w tych warunkach. Jeszcze godzinka i będzie tu trochę za głośno na drzemkę.

    Wtedy Ida i Bet wpadły do pokoju. Ida przyklęknęła przy wejściu i puściła serię w korytarz.

    - Patrol! - krzyknęła Bet. Przez drzwi wpadł deszcz odłamków i członkowie drużyny przypadli do podłogi, szukając schronienia. Ida opróżniła magazynek i popełzła w stronę statku.

    Drużyna uformowała półkole tuż obok frachtowca. Sten cofnął się za wielką maszynę unikając bezpośredniego ognia ze strony wpadających do laboratorium ludzi Thoresena.

    - Czy możesz zatrzymać ładunki?! - wrzasnął.

    Alex ściął kilku strażników i odpowiedział spokojnie, nie odwracając głowy:

    - Obawiam się, że okazałem się trochę za sprytny w tym przypadku. W każdym z nich zamontowałem urządzenie uniemożliwiające rozbrojenie.

    - Ile czasu?

    - Chyba... - Alex sprawdził swój zegarek - wystarczy.







    Myśliwce, krążące przed transportowcami Gwardii, przebijały się pomiędzy dryfującymi satelitami służby bezpieczeństwa Vulcana, nie wiedząc o tym, że w wyniku dokonanej przez Bet masakry pracowników Żłobka większość z nich nie była sterowana.

    Statki wojenne sunęły wprost na Vulcan. Przez poprzednie miesiące Thoresen zdobył parę umiarkowanie zakazanych urządzeń antyrakietowych i zainstalował je w wieżyczkach usytuowanych na zewnętrznej pokrywie Vulcana. Jednakże zestawienie nagłego ataku Gwardii i kiepskiego wyszkolenia załóg owych urządzeń sprawiło, że tylko kilka z nich weszło do akcji, zanim rakiety wystrzelone ze statków wojennych zmiotły ich stanowiska.

    Oczywiście nie używano normalnych środków transportu do przewozu wojska. Pracowicie zmodyfikowano konwencjonalne frachtowce zmieniając dzioby tak, że przypominały szczęki do załadunku i wyładunku. Czujniki odległości zabrzęczały, rakiety hamujące zmniejszyły prędkość transportowców do kilku kilometrów na godzinę, a potem jeszcze zwolniły. Zacumowali.

    Dzioby otworzyły się i ubrani w kombinezony gwardziści wysypali się na zewnątrz. Opór był mały. Żaden ze strażników w środku nie zorientował się na tyle szybko, co się dzieje, aby zdążyć założyć kombinezon.

    Gwardia miękko wślizgnęła się w korytarze, formując małe, samodzielne oddziały szturmowe, i ruszyła do przodu. Za nimi podążały masery.

    Opór, w porównaniu do tego, jaki zwykle napotykała Gwardia, nie stanowił żadnego problemu. Strażnicy mogli myśleć o sobie, że są elitą zabijaków, ale, jak to sami prędko odkryli, istniała zasadnicza różnica pomiędzy młóceniem bezbronnych robotników czy kiepsko wyposażonych bojowników ruchu oporu a walką z wyszkolonymi i doświadczonymi żołnierzami.

    Najemnicy to kiepscy bohaterowie, zdecydował Thoresen, patrząc na to, jak oficer strażników podrywa swój oddział do przodu. Około połowa z nich skuliła się jeszcze bardziej za zaimprowizowaną barykadą, jaką Thoresen kazał zbudować w samym wejściu do laboratorium. Druga połowa w końcu stanęła na nogach i ruszyła naprzód.

    Źołnierze Modliszki otworzyli ogień przez pokój. Najszybciej poruszający się strażnik pokonał trzy metry, zanim jego nogi eksplodowały, i padł na ciała poprzednio szturmujących.

    Jakaś część umysłu Thoresena wzdrygnęła się przy bilansie. Mieli pięciu ludzi - Baron nie widział Fricka i Fracka ukrytych wysoko nad nim na wsporniku - my zaatakowaliśmy niemal siedemdziesięcioma. Oni nie zostali nawet ranni, a my straciliśmy trzydziestu strażników.

    Zabuczał komunikator przy jego pasku. Podniósł go. Słuchał, a potem z wściekłością wyłączył głośnik. Powoli stawał się coraz bledszy, w miarę jak opadał go gniew. Głównie na siebie samego. Przypuszczał, że Imperator nie wkroczy bez jakiegoś pretekstu, ale spanikowany Tech z centrum komunikacji powiadomił go, że gwardziści są już w środku. Została wzięta więcej niż trzecia część Vulcana, wliczając w to obszary ogarnięte powstaniem. Thoresen przeczołgał się do oficera patrolu.

    - Potrzebujemy więcej ludzi - powiedział. - Wezwę ich z biura bezpieczeństwa. - Ściana nad jego głową eksplodowała, gdy wyczołgiwał się z laboratorium na korytarz.

    Wstał i pobiegł w głąb korytarza aż do końca. Zatrzymał się i wyjął małe, czerwone pudełko sterownika z kieszeni, dotknął zamka czułego na odcisk palca i otworzył pokrywkę. Wcisnął .15 na ekranie i zamknął obwód, potem zmusił się do spokoju i odszedł od laboratorium Projektu Bravo. Czekał na niego samochód. Powiedział:

    - Do Oka - i wsiadł.

    Za nim, pod podłogą kabiny kontrolnej głównego laboratorium zegar rozpoczął odliczanie czasu pozostałego do uruchomienia należącego do Thoresena Urządzenia Sądnego Dnia pojedynczej megatonowej głowicy atomowej, która miała zmieść całe laboratorium Projektu i dać Thoresenowi jego jedyną szansę pozostania przy życiu.







    Ida ostrzelała strażników za barykadą i przypadła do ziemi.

    - Alex, czy zdajesz sobie sprawę z tego, że jeżeli zostaniemy przygwożdżeni tutaj, a twoje ładunki wybuchną, to ja już nigdy nie zaproszę cię na drinka?

    Alex nie zwrócił na to uwagi. Utkwił wzrok w jednym z instrumentów z wyposażenia sapera.

    - Sten. Mamy nieco większy problem niż te ładunki, które ja nastawiłem. Odbieram sygnały, że jakieś urządzenie nuklearne pracuje w pobliżu.

    Sten mrugnął.

    - Gdzie? I kto je nastawił?

    - Nie mam pojęcia. Ale lepiej je znaleźć. Nazywam się Kilgour, a nie Poziom Zero. - Nastawił detektor na ustalenie kierunku i zamiótł czujnikami pokój. - A, jak wspaniale. Nasza bomba jest dokładnie tu. - Machnął ręką przez pięćdziesiąt metrów otwartej przestrzeni w kierunku centrali kontroli. - To daje nam odrobinę do myślenia - powiedział. - Po pierwsze, jak zdołamy przejść przez otwartą przestrzeń i przeżyć. A potem będę miał radochę usiłując to rozbroić i nie wiedząc, kiedy ma wybuchnąć.

    - Szybki ogień! - Sten użył starego jak świat okrzyku, drużyna otworzyła ogień celując w barykady.

    Alex złapał swój plecak i wstał. Pobiegł zygzakując. Dookoła niego rozpryskiwały się pociski.

    - Tutaj!

    Jorgensen wychylił się z ukrycia i strzelił do oficera, usiłującego trafić Alexa. Wystawił się tylko na chwilę, ale tamten puścił serię. Pociski wybuchły w połowie drogi przez laboratorium i odłamki rozsypały się wszędzie dookoła.

    Ramię i bark Jorgensena momentalnie eksplodowały. Członkowie Zespołu Modliszki na chwilę wstrzymali ogień, ale potem wyszkolenie zwyciężyło i kontynuowali strzelanie. Sten widział, jak Alex odrywa szeroki na metr płat podłogi i wślizguje się pod pokład.

    - Nasz kolega, prawie. Tak, on... - Frick i Frack zaatakowali spod kopuły. Frack uzbroiła jedną ze swoich małych bomb i stuliła skrzydła.

    Spadając w pionowym nurkowaniu, ona i Frick nie mieli czasu na uniki. Zginęli natychmiast, gdy tylko ich małe ciałka uderzyły w oficera strażników. Potem nadleciały bomby. Oficer stał się kulą ognia, a odłamki poraziły oddział skulony obok niego.

    Sten zobaczył, jak Doc czołga się ze swojej kryjówki do ciała Jorgensena i przesuwa w kierunku karabinu, należącego do zmarłego. Doc niespodziewanie obrócił broń ku barykadzie i zachwiał się pod miażdżącym - dla niego - ciężarem. Jedną ręką przycisnął spust i przytrzymał, aż do opróżnienia magazynka. Szok. Doc naprawdę nie...

    Sten przeniósł wzrok na barykadę i zmiótł ramię strażnika, który wystawił się na chwilę. Gdy mężczyzna podniósł się wrzeszcząc, Bet dokończyła sprawę.







    Alex klęczał obok urządzenia nuklearnego pod płytami podłogowymi. Mogę mieć tylko nadzieję, pomyślał, że amatorzy, którzy to zbudowali, mieli trochę szacunku dla lepszych i zrobili coś, żeby to można było rozbroić. Mógłbym zbudować lepszą bombę A przy straszliwym kacu i bólu zębów.

    Bomba miała idiotycznie prostą konstrukcję. Metalowa piłka pokryta czymś, co przypominało wymodelowaną glinę. Z jej powierzchni wystawały małe, kierunkowe ładunki wybuchowe połączone z odbiornikiem radiowym i czymś, co, jak Alex przypuszczał, było zapalnikiem czasowym.

    Zaczął odczepiać druty, ale zatrzymał się. Natknął się na jakieś dodatkowe przewody, których przeznaczenia nie potrafił odgadnąć. To pułapki, zdecydował.

    Cieniutko, pomyślał, będzie ciężko. I zaczął delikatnie, po kolei wyjmować ładunki wybuchowe z gniazd. Zastanawiam się, jak wiele z nich zdołam wyjąć, zanim to maleństwo wybuchnie? Znowu wytarł pot.







    Kierowca pchnął otwarty wóz; on i Thoresen schowali się za jego pokrywami. Wóz pomknął w głąb korytarza i bojownicy ruchu oporu Migów musieli się cofnąć. Okręcili się i tych kilku, którzy mieli broń, otworzyło ogień.

    O wiele za późno, bo tymczasem wóz skręcił za rogiem korytarza i zniknął z pola widzenia.

    Thoresen spojrzał. Tuż przed nim było wejście do Oka. Westchnął z ulgą - nadal pilnował go oddział strażników.

    - Mam to! Mam to!

    Sten kątem oka zobaczył, jak okrągła postać Alexa wytacza się spod podłogi i posuwa się skokami poprzez otwartą przestrzeń. Zanurkował i przeleciał jednym susem ostatnie pięć metrów dzielących go od schronienia.

    - Ta mała bestia nie sprawi nam więcej kłopotu - powiedział.

    - No to został jeszcze jeden problem.

    - No właśnie - zgodził się Alex. - Zobaczmy, jak możemy uratować nasze tyłki, zanim wylecimy w powietrze na własnych ładunkach.

    Co najmniej piętnastu strażników kryło się w osłupieniu za barykadą.

    - Nie wydaje mi się - powiedziała Ida - żeby byli zainteresowani czasowym zawieszeniem broni.

    - Potwierdzam - dodał Doc ponuro. - Przewidywania: ponieśli duże straty, a więc mogą przypuszczać, że blefujemy. Wystrzelił jeszcze kilka serii z karabinu, który Sten przydźwigał dla niego na stanowisko. - Kilgour. Zdajesz sobie sprawę z tego, że to wszystko twoja wina. Teraz nigdy już nie podejmę swojej własnej praktyki.

    - A to jest plus tej sytuacji, którego do tej pory nie brałem pod uwagę - stwierdził Alex. - I tak za dużo tu krwi dookoła. Bet pokiwała głową z niedowierzaniem.

    - Ida - powiedział nagle Sten. - Chodź ze mną. Alex, spróbujemy zrobić superblef. Osłaniaj nas, dobra?

    Ida zerwała się na nogi i oboje zgięli się wpół, wybiegając w kierunku śluzy statku. Zaskoczeni Alex, Bet i Doc otworzyli osłaniający ogień.







    Sten wypuścił flarę w okno mostka frachtowca i wsunął przenośny komunikator do swojego kombinezonu.

    - Myślisz, że w to uwierzą?

    Ida bezradnie rozłożyła ręce.

    - My nie wierzymy w pieśni śmierci. A więc możemy próbować.

    Sten sprawdził czas na swoim zegarku. Do wybuchu ładunków Alexa pozostało zaledwie dziesięć minut. Oboje pospieszyli do śluzy i zaczęli strzelać do strażników. Alex, chwilowo niedostrzegalny, przesuwał się z boku zaimprowizowanego fortu Sekcji Modliszki w kierunku flanki patrolu.







    Strażnik czekał. Wcześniej czy później któreś z nich musi się pokazać. Wcześniej czy Później... podskoczył, gdy huknęło coś, co wyglądało jak eksplozja flary na mostku frachtowca. Jakiś chybiony strzał, pomyślał. Potem zewnętrzne głośniki statku wysunęły się ze swoich gniazd i zatrzeszczały, budząc się do życia. Zabuczały syreny przechodząc od dźwięków wysokich do niskich i metaliczny głos oznajmił:

    - Dwie minuty do odpalenia, dwie minuty do odpalenia. Wszystkie jednostki: opróżnić pole startowe. Powtarzam, wszystkie jednostki: opróżnić pole...

    Po raz pierwszy strażnik zorientował się, że dysze wylotowe frachtowca znajdują się tuż na wprost jego stanowiska. Nie miał pojęcia, co robić.

    - Musiało trafić w komputer - zamruczał mężczyzna obok niego.

    - Co się stanie, jeśli odpali? - zdołał wykrztusić strażnik. - Usmażymy się.







    Sten zakaszlał, potem dotknął przycisku na przenośnym komunikatorze. Ida połączyła go bezpośrednio z systemem radiowym statku. Usiłował mówić jak komputer, o ile było to możliwe.

    - Jeszcze trzydzieści sekund, jeszcze trzydzieści sekund. Przeciążenie. Jeszcze trzydzieści sekund sprawnego działania komputera. Wszystkie jednostki, trzydzieści sekund poprawnej transmisji. Czas do odpalenia: piętnaście sekund...







    Bliscy paniki strażnicy nie widzieli Alexa przekradającego się przez osłony. A nawet gdyby zwrócili uwagę na niego, to zakładając normalną ludzką reakcję nie mieliby czasu na powstrzymanie ataku tego żołnierza pochodzącego ze świata o dużej sile ciążenia.

    Po przejściu barykady Alex zanurkował. Pierwszy, strażnik, na którego się natknął, zmarł z roztrzaskaną czaszką, Alex pozwolił, aby ciało zamortyzowało go podczas skoku z nogami wyrzuconymi do przodu, kiedy zwalił z nóg dwóch innych ludzi trafiając w ich brzuchy.

    Stanął na nogach, jedną ręką obracając dałem drugiego z mężczyzn jak tarczą.

    Sten i Ida wstali, strzelając z ręki. Sten patrzył, jak Alex miażdży głowę następnego strażnika, a potem znika.

    Dwoje żołnierzy Modliszki podbiegło do barykady. Wrzaski. Potem fisza i dwóch strażników załamało się i uciekło do wyjścia. Alei wskoczył na szczyt barykady, wyrwał z niej trzymetrową stalową belkę i posługiwał się nią jak włócznią.

    Trafiła w dwóch następnych mężczyzn, łamiąc ich kręgosłupy. Doc i Bet przedzierali się przez pokój.

    - Sugeruję - zdołał powiedzieć misiek, mijając ich - żebyśmy oszczędzili sobie zwykłych, kretyńskich ludzkich gratulacji. Mamy cztery minuty.

    Czwórka żołnierzy Modliszki i Bet ruszyła sprintem w głąb korytarza. Podczas tego biegu Sten walnął w przyciski zamykania drzwi awaryjnych. Miał nadzieję, że to wystarczy.







    Ładunki wybuchły dokładnie wtedy, kiedy miały wybuchnąć zgodnie ze słowami Alexa. Sten, Bet i Alex patrzyli na laboratorium przez okno w głównym korytarzu. Ida trzymała Dora. Światła mrugnęły, a potem jeszcze raz, i jeszcze. Poczuli niski grzmot przechodzący przez płyty pod ich nogami. A potem Projekt Bravo wylegał w przestrzeń. Ustawione ładunki wybuchały w górę i w dół, rozrywając podłogi i pomieszczenia laboratorium, jakby to była patroszona ryba.

    Sten pomyślał nagle, że tak musiała wyglądać Dzielnica. Grzmot potężniał i zabuczały dzwonki alarmowe. Z dna laboratorium posypały się gruzy prosto w przestrzeń. Ale główna sekcja i pomieszczenia Techów pozostały nietknięte.

    Ida i Doc popatrzyli na Alexa.

    - Jestem nieco niezadowolony - powiedział, niezupełnie zgodnie z prawdą. - Nie liczyłem na ten drugi wybuch. Nie mogę się tym chwalić z całkowicie czystym sumieniem.

    I wtedy Bet zorientowała się, że Stena nie ma.

następny